Izzy wie lepiej

- Vienne… taaa słyszałam gdzieś to nazwisko. Obiło mi się o uszy – uśmiechnęła się do japończyka pokazując szereg trochę pożółkłych zębów, zrobiło mu się niedobrze.
- Gdzie słyszałaś Izzy? – poczęstował ją papierosem.
- To jakoś ze dwa miesiące temu było, w Hegemonii. Tak chyba się nazywała Anne – jedna z siepaczy Vinniego, tamtejszego bonzo. No, wiesz o co mi chodzi – z lubością zaciągnęła się dymem – Niezłe, sam robisz?
- Jesteś pewna? – nerwowo poprawił okulary.
- Toć mówię, obiło mi się o uszy. W tych czasach niczego nie można być pewnym. – westchnęła – Słodki jesteś, zajęty?
- Tak – Jibrille speszył się odrobinę, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Kurcze, szkoda. Znaczy tak myślałam, ale chciałam się upewnić. – podrapała się po głowie, poskręcane kosmyki rudych włosów zafalowały jakby coś tam żyło – Richie, nie wierć się, bo cię wsadzę do torby – warknęła, gdy z loków wyłonił się niewielki, czarny skorpion. – Jest niegroźny – od razu zapewniła widząc nietęgą minę mężczyzny.
- Mam do ciebie prośbę Izzy, nie mów o tym nikomu. Zapłacę ci.
- Jasne – uśmiechnęła się szeroko – kolczyk w wardze błysnął w słońcu – A ona nie jest przypadkiem dla ciebie za młoda.
- Nie jest – lodowaty ton głosu nie sugerował dalszych uprzejmności.
- No wybacz, że spytałam. Ładniutka, ale ma chyba z piętnaście lat. Kiedyś to było zakazane przez prawo – parsknęła śmiechem.
- Czego chcesz za milczenie? – nie dał zbić się z tropu.
- Powiedzmy: dwie paczki fajek i opakowanie aspiryny. Przyda się w drodze. – zaczęła obliczać coś na palcach, zauważył że nie ma dwóch u lewej ręki. – No i jakiś bandaż, albo co.
- Cenisz się – mruknął niezbyt zadowolony.
- Bo widzę, że informacja wyjątkowo cenna. Ale spoko, jutro się stąd zmyję i twoja mała Jenny niczego się nie dowie.
- Skąd pomysł, że chodzi o nią – dogasił papierosa w mosiężnej popielniczce.
- Czytałam ostatnie “Wieści”. Nazwisko nietrudno skojarzyć. Swoją drogą, musisz albo się bać, że odejdzie. Albo chcesz ją przed czymś chronić.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś nie wtrącała się w nie swoje sprawy. – syknął.
- A pewnie, pewnie – uśmiechnęła się przepraszająco – Ja to zawsze tak mam. No nie wściekaj się tak. Jutro zapomnisz, że istniałam – otrzepała kurtkę z kurzu pustyni – Zostaw rano na progu pudełko z odpowiednią zawartością. Wybacz, że nie podam ci ręki, ale poniszczę ci te rękawiczki.
- Jak chcesz. Zapłata będzie gotowa z samego rana, a do tego czasu unikaj jej.
- Spoko, wiem o co lotto. Mogłaby wszy załapać ode mnie, albo co. – zauważyła ironicznie – Gorzej jakby to było to “albo co”, prawda?
- Nie testuj mojej cierpliwości Izzy.
- Tak jest panie Yuurei!- sparodiowała wojskowy salut. – Jak ty to robisz, że oboje wyglądacie jak z przedwojennych fotografii. Nawet pachniecie ładnie.
- Mydło i woda nie zabijają – zauważył sarkastycznie.
- Nie o to mi chodzi. Ty się nawet zachowujesz jak ci, jak oni się tam zwali… – podrapała się po głowie – A już wiem, jak arystokraci. Nie pasujecie do tego świata. Ani Ty, ani ona. Wygląda jak księżniczka. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale ukryłeś przed światem niezły skarb. Ej tylko się na mnie nie wściekaj – naburmuszyła się widząc jego surową minę – Jakaś nimfa nie dziewczyna. Skąd ją wytrzasnąłeś?
- Nie interesuj się. – wstał od stołu – Jestem zajętym człowiekiem panno DeLancy, straciłem zbyt dużo czasu na czcze pogadanki.
- Jakbym była na twoim miejscu, też bym się nie chciała nią dzielić – rzuciła gdy odchodził.